Menu

Droga do LYKKE

Blog o życiu na emigracji i podróżach.

C'est la vie...

madamebonheur

Od kiedy zamieszkałam na francuskiej prowincji poznałam mnóstwo różnych osób. Byli wśród nich ludzie otwarci i uprzejmi, ale też natarczywi i uciążliwi. Wielu z nich żyło według pewnych utartych schematów, nie zastanawiając się nad sensem tego, co robią. Chętniej zajmowali się też cudzym życiem, niż własnym, tworząc wiele niedorzecznych sytuacji. Na skutek różnych perypetii z nimi, powstały takie posty jak ten o asertywności i posiadaniu własnego zdania, a także o tym, co mnie drażni we Francji. Choć tworzyłam je z przymrużeniem oka, zawsze opisywałam prawdziwe wydarzenia i dialogi. Do dziś zdarza się, że ktoś pyta mnie, czy moje życie nadal wygląda tak samo, jak wtedy. Uznałam więc, ze warto się nad tym zastanowić i odpowiedzieć na to pytanie.

evertonvila140207unsplashPhoto by Everton Vila on Unsplash

Jak wiecie, mieszkam we Francji prawie 5 lat i dalej dojeżdżam do pracy rowerem. Pokonanie dystansu o długości 3 kilometrów, zajmuje mi około 12 minut. Wiosną i latem jest to przyjemność. Nieco gorzej jeździ się podczas ulewnych deszczy, ale na takie wypadki mam ubrania przeciwdeszczowe. Śniegu mamy zwykle mało, a nawet jeśli trochę popada, to drogi pozostają przejezdne. Dlatego uważam, że każdy może w takiej sytuacji jeździć na rowerze przez cały rok.
Przez pierwsze lata nasłuchałam się jednak tylu głupot na ten temat, że nie jestem w stanie ich wszystkich zliczyć. Były docinki i żarciki, ale najgorzej wspominam „dobre rady”, o tym jak POWINNAM zmienić swój środek transportu na inny. Jednak w tej kwestii nastąpił pewnego rodzaju przełom. Przez wiele miesięcy miałam święty spokój, który został zmącony dopiero niedawno, przez pytanie: „Ale ty masz zimowe opony do roweru, nie?” Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, jak tylko to usłyszałam, ale podobno coś takiego już nawet wynaleziono. Jeśli to prawda, to w sumie nawet fajnie, ale ja raczej na razie opon na zimę zmieniać nie będę.
Mój mąż, który również dojeżdża do pracy rowerem, miał jednak nieco gorzej. Widocznie baba to baba, ale facet to już naprawdę POWINIEN mieć samochód. Ostatnio jeden ze starszych kolegów zaczął drążyć ten temat na nowo i wyglądało to mniej więcej tak:

- A Ty masz prawo jazdy?
- Tak.
- A Twoja żona?
- Nie.

W tym momencie, kolega spoważniał i rzucił do mojego męża prosto z mostu:

- Ale Ty jesteś wredny.

Mój mąż, nieco zaskoczony, ale też nauczony doświadczeniem po wielu konwersacjach tego typu, zaczął dopytywać o co właściwie chodzi. Zniecierpliwiony kolega wytłumaczył mu w końcu:

- Bo ty nie chcesz jeździć samochodem i żonie też nie pozwalasz!

Doprawdy, ręce opadają. Kolega był pewien, że chciałabym jeździć samochodem, bo przecież WSZYSCY tego pragną, a tu jakiś wredny tyran mi to uniemożliwia! Logiczne, nie?

* Poniżej chciałam wszystkich zapewnić, że mój mąż jest bardzo dobrym i spokojnym człowiekiem, który mnie zawsze wspiera. 

Ogólnie jednak jest lepiej. Ludzie znudzili się i odczepili. Nie da się też ukryć, że paliwo zdrożało, a ja nie opłacam też OC, AC, mechaników, ani wielu innych kosztownych rzeczy, związanych z eksploatacją samochodu. To daje do myślenia, choć oczywiście nie każdy może zrezygnować z auta. Poza tym, moja firma zatrudniła ostatnio wielu młodych ludzi, w tym także studentów, którzy o wiele częściej i chętniej wsiadają na rowery i skutery. Nie jesteśmy więc jedynymi „wykolejeńcami”. A kolega z powyższego dialogu ma samochód, ale i tak chodzi do pracy pieszo. Jak to możliwe? Otóż jego żona pracuje w Grenoble i obliczyła sobie, że najlepiej będzie, jeśli zacznie dojeżdżać do pracy tanimi liniami autobusowymi. W niektórych prowincjonalnych miasteczkach kursują takie i rzeczywiście, zakup biletu to czasem koszt 1 euro. Niestety, obydwoje państwo mieszkają na małej wsi, gdzie autobus już nie dojeżdża. W związku z tym, żona podwozi kolegę do najbliższego ronda, a sama jedzie dalej do przystanku autobusowego. Kolega zaś codziennie pokonuje na piechotę cały kilometr, idąc wzdłuż ruchliwej drogi bez chodników. Świetnie przemyślane, nieprawdaż?

W kwestii macierzyństwa ludzie też się uspokoili, choć i tu nie nie mogłoby obyć się bez ciekawych historii. Jeden drań, który zawsze zadawał dużo niestosownych pytań, stwierdził nawet, że jedno z nas nie może mieć dzieci. W dodatku podszedł do mnie i zapytał, czy to z mojej winy, czy z winy mojego męża. Wyobrażacie to sobie?! Zgasiłam go szybko i przez długo czas mówiliśmy sobie wyłącznie „dzień dobry”. Wiecie, ja i małżonek nie jesteśmy jeszcze gotowi na dzieci. Coraz częściej o tym myślimy, ale na razie tylko tyle. Nie wyobrażam sobie jednak, ile bólu mógłby mi sprawić taki drań, gdybym rzeczywiście miała jakiś problem. Czym innym jest poruszanie tego tematu z zaufaną osobą, a czym innym mieszanie się do życia obcych ludzi. Takie pytanie jest bardzo nie na miejscu!
Od tego zdarzenia minęło jednak sporo czasu. Na tyle dużo, że żona drania zostawiła go i dwójkę dzieci dla innego mężczyzny. Na dodatek kochanek ten, tak samo jak drań i jego żona, pracuje z nami wszystkimi w jednej firmie. Wokół huczało od plotek, a drań kompletnie się załamał. Tak bardzo, że do dziś dzień szuka pocieszenia u wszystkich ludzi, z którymi rozmawia. Wszystko kojarzy mu się też z jego prywatnym dramatem i wszystkim opowiada ze szczegółami o tym, co go spotkało. Nawet ze mną rozmawiał i płakał. Jest kompletnie rozbity. Choć czułam się niezręcznie i początkowo w ogóle nie miałam na tą rozmowę ochoty, starałam się go wysłuchać i podnieść na duchu. Wiecie co potem zrobił? Docenił to, że ja i mąż chcemy jeszcze trochę skorzystać z życia, zanim zdecydujemy się na inne zobowiązania. Jednocześnie uznał, że jego żona nie dojrzała do roli matki, a przez to cierpi teraz zarówno on, jak i dwójka małych dzieci. Potem jeszcze dwie osoby z pracy powiedziały nam dokładnie to samo. Życie pokazało ludziom bez wyobraźni, że nikogo nie należy zmuszać do tak poważnej decyzji, jaką jest rodzicielstwo.

Na koniec pozostaje mi jeszcze przypomnieć jedną ogólną prawdę życiową: szczęśliwi ludzie nie przejmują się opiniami innych i żyją tak, jak chcą.

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • Gość: [krystynabozenna] *.ssp.dialog.net.pl

    My też jeździmy całorocznie na rowerze i to w Polsce i to zimą w mrozy :-)
    Nie rozumiem a co komu do tego ?
    Nie chcemy kupić samochodu i tyle :-)
    Taki mamy styl życia.
    I tak samo z dziećmi,
    każdy je ma na własną odpowiedzialność i co komu do tego ?

  • bookendorfina

    Trochę czasu mi zajęło zanim przestałam się przejmować opiniami innych, jeszcze się takie nie urodził, kto by wszystkim dogodził, i tego się trzymam. :)

  • madamebonheur

    [bookendorfina] Rozumiem to w pełni. Warto zdawać sobie sprawę, że życie w zgodzie z samym sobą jest najważniejsze.

  • madamebonheur

    [krystynabozenna] No właśnie. To Wasza sprawa! Ale ja niestety żyję teraz w środowisku pełnym wścibskich ludzi, którzy uważają, że wszystko wiedzą najlepiej i czują się zobowiązani uczyć innych jak żyć. Męczące...

© Droga do LYKKE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci