Menu

1756 kilometrów na Zachód ...

Blog o emigracji, życiu we Francji i podróżach. Notatki osobiste.

O asertywności i posiadaniu własnego zdania

madamebonheur

Życie nie zawsze jest kolorowe, dlatego w tym wpisie daję sobie prawo na narzekanie. Jednak zanim zacznę,  spróbuję Wam wyjaśnić dwie istotne rzeczy, które pomogą lepiej zrozumieć moją sytuację. 
Po pierwsze każdy mieszkaniec francuskiej prowincji prowadzi codziennie krótkie i obowiązkowe rozmowy z sąsiadami, współpracownikami czy też innymi bliższymi lub dalszymi znajomymi. Gdy spotykamy kogoś znajomego, mówimy "bonjour" lub "salut", całujemy się w policzki i pytamy o samopoczucie. Można na tym zakończyć, jednak Francuzi są mistrzami krótkich konwersacji, które czasem starają się przy takiej okazji zainicjować. Może nie brzmi to tak źle, ale taka postawa zdecydowanie ułatwia wkraczanie w prywatne życie innych osób, a to już trochę gorzej. 
Poza tym warto wiedzieć, że samochód jest tu tak samo ważny jak powietrze. Bez niego podobno nie da się żyć. Nieważne też, czy naprawdę jest potrzebny czy nie, bo każdy powinien go mieć. W szczególności po to, żeby dojeżdżać do pracy - nawet, jeśli moglibyście chodzić do niej na piechotę. To na tyle teorii, a teraz Wam powiem, jakie wynikają z tego problemy.

ROWER

Lubię jeździć na rowerze i uważam, że to dobry środek transportu na niezbyt długie trasy. Tani, niewymagający, dobry dla zdrowia i dla środowiska, a do tego całkiem przyjemny. Poza tym, ciągle jeszcze nie mam samochodu, więc jeżdżę na rowerze do pracy, na małe zakupy, na krótkie przejażdżki… i WSZYSCY chcą zmienić mój prywatny zwyczaj. Niemal codziennie słyszę w pracy idiotyczne komentarze na ten temat, a przynajmniej raz w tygodniu ktoś próbuje mi wyjaśnić, że koniecznie powinnam zmienić rower na samochód. Zwłaszcza w drodze do pracy (dystans 2,5 km, czas jazdy 7 minut).

roweroo_c179x0y101xx675yy561

Ach te zażarte dyskusje! Moi przeciwnicy czekają czasem na mnie uzbrojeni we wcześniej przygotowane argumenty, aby wreszcie mnie złamać... A wygląda to mniej więcej tak:

I. Sposób na „sytuację bez wyjścia” i bombardowanie pytaniami

 „A jak Ty robisz zakupy?” Na rowerze. „A jak będziesz musiała kupić szafkę?” Zamówię dostawę do domu. „A jak będziesz chciała pojechać do innego miasta?” Pojadę pociągiem. „A jak będziesz musiała jechać do szpitala?” Pojadę autobusem. „A jak będzie noc i nic nie będzie jeździło, a Ty koniecznie będziesz musiała się tam dostać?” To wezwę ambulans…

W takiej sytuacji większość moich rozmówców reaguje dwojako. Zdarza się, że machają rękami w geście: „Daj spokój!”, a ja wiem, że jeszcze do tej rozmowy wrócimy i to bynajmniej nie z mojej inicjatywy. Ewentualnie bywa też, że bardzo się irytują, a ja w sumie nie wiem czemu. Cholerka, może chociaż w tym ostatnim punkcie powinnam dać za wygraną i powiedzieć, że jak połamię obie nogi to pojadę do szpitala swoim samochodem?

II. Sposób „na zniechęcenie”

„I Ty tak codziennie jeździsz na rowerze?” Tak. „Zawsze?” Tak. „Ale jak pada śnieg albo deszcz to już nie ?” Ehhh, jeżdżę. Bo jak już wspomniałam dwa razy, robię to stale. „Naprawdę? Powinnaś za to dostać medal!”.

I tu o dziwo nie mamy do czynienia z sarkazmem, a ze szczerym podziwem, który po pierwsze mnie peszy, po drugie dziwi, a po trzecie i tak w końcu irytuje, bo chciałabym czasem zejść z tego roweru i mieć spokój... Ale nie.

SAMOCHÓD

Dobra, powiedzmy, że jakoś radzę sobie z tłumaczeniem, iż samochód nie jest (mi) niezbędny w życiu. No to teraz powiem Wam, czemu inni i tak mówią, że MUSZĘ go mieć. Jakiś czas temu odbyłam w pracy pewien dialog, który szczególnie zapadł mi w pamięć.
Oto i on:

- Już dawno powinnaś kupić samochód.
- Nie chcę.
- Dlaczego ?
- Bo jest drogi.
- E tam, już za 500 euro możesz jakiś znaleźć.
- Ale nie chcę.
- Dlaczego ?
- Nie będzie dobrze jeździł.
- Nie szkodzi, on jest tylko po to, żeby Cię woził z pracy do domu i z powrotem.
- Ale ja nie potrzebuję, mam blisko.
- ALE MUSISZ GO KUPIĆ !!!

9990e57f71c9eb771076af61f3d4356f

Wiecie, ja nie kwestionuję faktu, że samochód jest przydatny. Tylko, że ja go nie chcę. Mieliście tak kiedyś, że patrzyliście na jakieś nowe, piękne auto i chcieliście je mieć? Ja nigdy. A mieliście tak, że nie mogliście się doczekać prawa jazdy albo swojego pierwszego samochodu? Ja nie. A może, że za kółkiem czujecie się zrelaksowani i zadowoleni? Bo ja po raz trzeci odpowiem nie. Kompletnie mnie to nie interesuje, dlatego uważam samochód za zupełnie zbędny wydatek w moim życiu, tym bardziej, że nie potrzebuję go ani w pracy, ani w drodze do niej. Niewykluczone, że kiedyś kupimy z małżonkiem jakieś auto, ale na pewno nie zrobimy tego po to, żeby wydawać miesięcznie kilka stów na darmo. To będzie bardziej taki „samochód na weekend”, na większe zakupy albo na dłuższą wycieczkę, i tyle w temacie. Nie obchodzi nas to, że według przeciętnego Francuza nie godzi się jechać do pracy na rowerze.

DZIECKO 

Niby we Francji nie ma czegoś takiego jak tematy "tabu", a przynajmniej ja tego nie zauważyłam. Generalnie można rozmawiać o czym chcecie i nikt się nie zawstydza ani szczególnie nie złości. Nawet jeśli czasem można zauważyć na twarzy rozmówcy wyraz rosnącej irytacji, każdy stara się być choć na pozór spokojny. Nie mówię tu oczywiście o o sytuacjach konfliktowych, ale właśnie o tych codziennych, jakże niekiedy "uroczych" pogawędkach.
Zauważyłam, że większość młodych ludzi w moim otoczeniu ma już dzieci. Ogólnie wydaje mi się, że ludziom tutaj łatwiej przychodzi podjęcie decyzji o poczęciu potomka, niż na przykład w Polsce. A zgodnie z zasadami "ja wiem co jest dla Ciebie najlepsze" i "rób wszystko tak jak my, bo inaczej jest źle", pewnie domyślacie się, jaki jest mój trzeci problem.
Ktoś ma dziecko? To fajnie. Ktoś chciałby (a właściwie natarczywie mnie upomina) żebym ja też je miała? No to mamy problem, bo to moje życie i ja o nim decyduję. Nie mówię, że nie chcę dziecka nigdy, bo to nie prawda, ale mam świadomość jaka to poważna decyzja i nie jestem jeszcze gotowa, żeby ją podjąć.
Trochę mnie już drażni, jak co jakiś czas ktoś robi mi wykład o rodzicielstwie albo pyta czy nie zmieniłam zdania z częstotliwością w porywach od tygodnia do miesiąca. Nie jestem człowiekiem, któremu łatwo wejść na głowę, ale tutaj po prostu wszyscy są przekonani, że mogą robić co chcą. Ostatnio nawet pewien znany wiejski pijaczek, stanął na środku drogi, uniemożliwiając mi i mojemu mężowi przejechanie wypożyczonym wcześniej samochodem (tak, mimo wszystko czasem poruszamy się autem, ale bardzo rzadko). Co więcej, oparł się o drzwi po stronie kierowcy i zaczął nam prawić o życiu. Punktem kulminacyjnym było spostrzeżenie, że dla nas nadszedł czas na dziecko i powinniśmy je mieć, JUŻ! Oczywiście osoby z nieco większym autorytetem też wygłaszają w tej kwestii swoje „widzimisię”, ale co z tego? Czy wszędzie wokół mnie są tylko wybitni znawcy wszystkich możliwych tematów, którzy mówią innym jak żyć?

programrodzinanaswoim

Jak można się domyślać, my żyjemy po swojemu i nie przejmujemy się zbytnio tym, co powiedzą inni. Jednak staramy się być asertywni i nie mamy nic przeciwko rozmowom. Możemy wysłuchać tego, co ktoś inny ma do powiedzenia, ale… jeśli ktoś nie liczy się z naszym zdaniem i uparcie powtarza to samo przy każdej możliwej okazji, to chyba coś jest tu nie tak, prawda ? Ja wolę zajmować się własnym życiem, niż cudzym i często polecam to samo swoim przesadnie życzliwym kolegom.

Peace and love.

Komentarze (14)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Gosia Kreatywnie] 5.174.73.*

    Ale musisz miec ich zdanie w nosie ja mam samochud ale chetnie go zamieniła bym na roweg gdy bym nie mieszkała na wsi wszedzie mamy daleko ale szanuje swoje srodowisko i staram się kozystac tylko w tegy jak musze maż wracajac z pracy robi zakupy nie lubie qydawac kasy na paliwo.

  • Gość: [Marta] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Czasami mam wrażenie, że ludzie zapominają, że dla każdego szczęście w życiu oznacza coś innego. Najważniejsze to żyć w zgodzie z sobą samym. Trzymaj tak dalej! :)

  • Gość: [womaninthemirroruk] *.skybroadband.com

    Oj ja to nie lubię bardzo jak ktoś mi cokolwiek próbuje narzucić. A z autem mam podobnie jakoś nie czuję, że się do tego nadaję.

  • Gość: [madame bonheur] *.fbx.proxad.net

    [Marta] W pełni się z Tobą zgadzam. Dziękuję :)

  • Gość: [Mil] *.warszawa.vectranet.pl

    He he, odbyto ze mną w Polsce niejedną taką właśnie rozmowę nt. rower a samochód :-P Tylko trzeba przyznać, że częstotliwość jest o wiele rzadsza.

  • Gość: [Sing] *.bb.sky.com

    Asertywność stanowczość
    która nie rani. Tak trzymaj Marta

  • Gość: [ADAMEK] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    ...NO WIESZ ! JAK ŚMIESZ NIE MIEĆ SAMOCHODU I DZIECKA !

    PS. PSA TEŻ KUP !

    .. DUŻEGO !

  • Gość: [lala] 130.120.46.*

    A ja mieszkam tez na poludniu Francji i jakos tutaj rower jest bardziej popularny niz samochod. Kazdy kto moze raczej wezmie rower do pracy niz samochod. Nikt nigdy (10 lat) mi nie mowil ze powinnam miec dzieci ani co powinnam zrobic. Nikt nidy nie krytykowal na placu zabaw ze karmie butelka a nie piersia (co niestety w PL mi sie zdarzylo podczas tgodniowej wizyty) . Jak dla mnie Francuzi sa bardzo dyskretni i w ogole nie chca wchodzic butami w cudze zycie ;)

  • Gość *.w90-48.abo.wanadoo.fr

    hej, wiem co czujesz, sama mieszkam we Francji, w malej miescinie i szczerze mowiac, nie mam ani jednej pozytywnej rzeczy do powiedzenia na temat francuzow. tak jak mowisz, maja duza tendencje do wtracania sie w czyjes prywatne a nawet intymne zycie. jestem tu bo mam chlopaka francuza, poznalismy sie w londynie, a teraz jestesmy w jego rodzinnym miasteczku. to byl wielki blad,ze dalam sie namowic na przeprowadzke tutaj. po 8 latach coraz czeciej mysle o zerwaniu. francuzi to straszni materialisci i najwieksi rasisci jakich w zyciu spotkalam!!!!!!!!! pozdrawiam serdecznie

  • Gość: [kay] *.dsl.sta.abo.bbox.fr

    Wygląda to jak opis zwykłej polskiej wsi, ewentualnie rozmowy z ciotkami. Niektórzy tacy są i nie da się z tym nic zrobić. Rób swoje i ich nie słuchaj. A propos samochodu, to niestety we Francji samochód jest konieczny. Fajnie, ze nie musisz dojeżdżac do pracy, to już coś. W każdym razie nawet zakupy ciężko zrobić bez samochodu, bo zwykłych sklepów jest mało, tylko supermarkety. Bo mleko trzeba jechać kilometr co najmniej i to w dużym mieście. Na wsi pewnie jeszcze gorzej.

  • Gość: [gosc] *.merinet.pl

    To jest dobre:
    "Rób swoje i ich nie słuchaj"
    A zdanie dalej
    "A propos samochodu, to niestety we Francji samochód jest konieczny."

  • Gość: [madame bonheur] *.fbx.proxad.net

    Gość: [lala]

    To masz szczęście! Ale nie każdy region jest taki sam. Słyszałam, że takim małym rajem dla rowerzystów jest na przykład Strasbourg, ale u mnie to nie ma lekko...

    Gość: , *.w90-48.abo.wanadoo.fr
    Oj tak... O rzeczach o których mówisz, też dużo można by napisać. Trzymaj się!

    Gość: kay, *.dsl.sta.abo.bbox.fr
    Co do sklepów i samochodu zgadzam się, ale to zależy gdzie. We Francji jest mnóstwo wsi, kompletnie odciętych od świata: zero komunikacji publicznej, najbliższy sklep oddalony o kilka kilometrów, niewiele dużych sklepów w okolicy... To prawda. Ale ja na szczęście mieszkam w małym miasteczku, wiesz... takim z pociągiem, autobusami i dużą ilością sklepów :) Żyję tu sobie bez samochodu już prawie 3 lata i jakoś szczególnie się nie męczę.

    Dziękuję za odwiedziny na moim blogu :)

  • Gość: [Polski żabojad] *.fbx.proxad.net

    ach, jak ja to dobrze znam. Francuzi uwielbiają wchodzić w życie z buciorami innym ludziom. W dodatku nie przyjmują do wiadomości, że mogą się mylić. No, bo wiecie oni to mieszkają w tej super rozwiniętej Francji( wieś na wsi za wsią - jak dla mnie idealny opis Francji) od urodzenia, więc co taki człowiek z Polski może wiedzieć. Przecież my w Polsce to nie dość, że mamy warunki pogodowe mamy takie jak na Syberii to na dodatek jesteśmy zacofani. Prawdopodobnie nie mamy nawet kolorowych telewizorów, a tu jeszcze ktoś taki mu mówi, że nie ma racji.

  • Gość: [Iwona Natalia : ] 77.252.193.*

    "Samochód tak samo ważny jak powietrze" - hahaha, dobre <3 xD

Dodaj komentarz

© 1756 kilometrów na Zachód ...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci